Napisane przez: Adam Ejnik | Grudzień 29, 2009

Jak komunizm rodził się w Żurominie

Wspomnienia żuromińskiej nauczycielki

Na bardzo ciekawy artykuł wnoszący kilka informacji do międzywojennych dziejów Żuromina natknąłem się w książce historycznej dotyczącej Polskiej Partii Robotniczej a wydanej w 1974 roku. O wiarygodności historycznych dzieł PRL-u mówi się różnie. Trudno jednak odmówić przywoływanym wydarzeniom  atrakcyjności. Nazwiska Kaźmierski, Brodecki, Staniaszko są doskonale znane Czytelnikom tej strony. Dziś odżywają na nowo. Oto relacja nauczycielki Stanisławy Nowak – Churskiej z przedwojennego Żuromina.

 Fot. Zdjęcia przedwojenne. Trudno uwierzyć, że to Żuromin. Zdjęcia zostały zamieszczone na portalu nasza – klasa, podpisano je: „Takie maszyny parowe były produkowane i remontowane przed wojną w Żurominie. Zakład należał do p. Leszczyńskiego. Po prawej syn właściciela, Wacław Leszczyński. Fotografia wykonana przez: Zakład Fotograficzny i Fotofilm W. Gołębiowski Żuromin”

„W 1927 roku zostałam członkiem PPS – Lewicy w Płocku. I od tej pory zaczęłam działalność polityczno-społeczną i rewolucyjną. Rok temu podjęłam pracę w Żurominie (powiat sierpecki) jako nauczycielka w szkole podstawowej. Od razu przystąpiłam do pracy wśród robotników. Zaczęłam od odwiedzenia bezrobotnych. I wkrótce zorganizowałam ich pod sztandarem PPS – Lewica. Robotnicy żuromińscy, wśród których pracowałam, to głównie bezrobotni, biedni, przeważnie analfabeci, ale bardzo rewolucyjni. Zebrania z robotnikami odbywały się w mieszkaniu Kaźmierskiego (Jednocześnie w Żurominie inny Kaźmierski był burmistrzem i nauczycielem). Imienia, niestety, nie pamiętam. Najświatlejszym i najbardziej zdecydowanym komunistą był Raszewski, który już po moim wyjeździe z Żuromina zginął tragicznie. Został utopiony w studni w zagrodzie chłopskiej, gdzie nocował, podróżując pieszo z Żuromina do Lidzbarka. Przypuszczam, że musiał prowadzić dyskusję w gronie reakcyjnych ludzi, którzy go zabili za rewolucyjne wypowiedzi. Robotnicy żuromińscy otrzymali legitymacje członkowskie i kupili czerwony sztandar, symbol istnienia PPS – Lewicy. W lecie wychodziłam na łąki żuromińskie, gdzie opowiadałam robotnikom, o Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. Prowadziłam również wśród robotników pracę oświatową. Zorganizowałam kurs dla analfabetów. Na ławie szkolnej zasiadła wtedy 50 – letnia kobieta Kaźmierska, matka gromadki dzieci. Miałam duże trudności ze zdobyciem lokalu. Kierownik szkoły, Antoni Brodecki, długo się namyślał, czy zgodzić się na prowadzenie kursu w budynku szkolnym. Kolportowałam wśród towarzyszy „Wolnomyśliciela”, „Robotnika” i inne pisma. Nie wszystkim jednak odpowiadała moja działalność. Np. aptekarz Kocel zarzucał mi, że mojej pracy nie można nazwać społeczną, lecz wywrotową i szkodliwą. Ksiądz proboszcz Saniaszko (właśnie tak! – red) wyklinał mnie z ambony, nazywając „parszywą owcą”, „wilkiem w owczej skórze”. Dewotki akompaniowały mu we wszystkim. Lekarz pienił się i krzyczał, że takiej internacjonalistki jeszcze Żuromin nie widział itp. Władze szkolne również wywierały na mnie presję, abym zaprzestała swojej działalności. Ich interwencja spowodowała przyjazd wizytatora z Warszawy Edwarda Zawadzkiego. Potem wezwano mnie do Sierpca. Wizytator oświadczył, że występuję przeciwko rządowi i kwalifikuję się do zwolnienia z pracy. Następnie do Żuromina przyjechał z Sierpca komendant policji, który wezwał mnie na rozmowę. Czułam się jak na wulkanie, gdyż groziła mi utrata pracy i aresztowanie. Byłam osamotniona w swych poczynaniach, gdyż każdy bał się narazić reżimowi. Uratowało mnie to, że komendant miał na pieńku z klerem. Starał się jednak o rozwód, a to w tym czasie było nieosiągalne. Z tego może względu był dla mnie, jako dla antyklerykałki, bardziej pobłażliwy. Skończyło się tylko na tym, że nakazano mi opuścić Żuromin. Przeniesiono mnie do Kutna. O godzinie 10 otrzymałam odpowiednie pismo i w ciągu kilku godzin miałam wyjechać z Żuromina. Autobus wychodził z Żuromina raz dziennie, o godzinie 9.00. na szczęście tego dnia przyjechała ciężarówka z Łodzi z towarami do sklepów. Mogłam więc zadośćuczynić nakazowi władz i wyjechać następnego dnia. Robotnicy żuromińscy chcieli mnie żegnać z orkiestrą, ale wytłumaczyłam im, że może to stać się powodem represji. Odprowadził mnie Raszewski, który niósł na plecach moje rzeczy. Za odjeżdżającym samochodem biegła gromadka dzieci szkolnych.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: