Napisane przez: Adam Ejnik | Czerwiec 30, 2011

Tragiczna śmierć księdza z Poniatowa (część 2.)

W historycznej części Kuriera pisaliśmy już swego czasu o wikariuszu żuromińskim Malinowskim. Młody ksiądz zginął w obozie w Działdowie, zakatowany przez Niemców. Nie wszyscy wiedzą, że podobny los spotkał wikariusza z Poniatowa księdza  Stanisława Bornińskiego. Dziś zaprezentuję Państwu tragiczne losy tego człowieka. Na ślad po wikariuszu trafiłem podczas przeszukiwania płockich archiwów. Miłej lektury (Tekst, który przytaczam nie był podpisany przez żadnego autora, pisownia i interpunkcja oryginalna).

W Poniatowie

 

(Stanisław Borniński – dop. ae) Objął swe stanowisko dnia 1 sierpnia 1938 roku. Ludzie powitali go życzliwie, ucieszyli się, że wreszcie i ich parafia ma „młodego księdza”.

Ksiądz Borniński nie zawiódł zaufania parafian poniatowskich. Gorliwie obsługuje konfesjonał i ambonę, a przy ołtarzu pięknie śpiewa, pobożnie odprawia Mszę św. i nabożeństwa. Uczy dziatwę religii w szkole w Poniatowie i dojeżdża 5 klm. do szkoły w Raczynach. Poza pracą duszpasterską i nauczaniem oddaje się z zapałem pracy społecznej: Zorganizował oddział Stow. Młodzieży Męskiej, Koło Ministrantów i ożywił istniejący oddział Młodzieży Żeńskiej. Dziatwa znalazła w nim ojca, a młodzież oddanego przyjaciela.

Jest bezinteresowny i ofiarny: na własny koszt wysyła druhów i druhny na kursy dokształcające, a jako wyraz swej wdzięczności dla swego kościoła parafialnego w Białej, gdzie był chrzczony, przyjmował pierwszą Komunię św. i odprawił pierwszą Mszę św., funduje u drzwi wejściowych piękny witraż: Chrystus Dobry Pasterz. Chciał być dobrym pasterzem, który chętniej daje niż bierze.

Powoli i do bractwa zagląda. Ofiarowuje i im okruchy czasu, które mu zbywały.

Można więc wyobrazić sobie smutek całej parafii, gdy dnia 7-go kwietnia 1940 roku, po półtorarocznej pracy został aresztowany i wywieziony do obozu w Działdowie.

 

Droga przez mękę

Tu spotkał się z 12 księżmi z naszej diecezji, którzy w tym samym czasie zostali aresztowani i przywiezieni do Działdowa z Płocka z dekanatów: pułtuskiego, raciąskiego i sierskiego. Ośmiu spośród trzynastu wtedy uwięzionych już nie wróciło, zmarli w obozach: w Dachau, Gusen i Mauthausen. Wywieziono wtedy również dużo cywilnej ludności, przede wszystkim nauczycieli i policjantów. Wśród  aresztowanych był aż do końca z księdzem Bornińskim jego nauczyciel p. Romuald Miaśkiewicz, któremu zawdzięczam opis przeżyć obozowych ks. Bornińskiego.

Po kilku dniach cały transport przewieziono do Dachau, a stąd po kilku tygodniach, dnia 24 maja 1940 r. do ciężkiego obozu w Gusen, który dopiero urządzono na większą ilość więźniów. Praca była ciężka. Esmani znęcali się przede wszystkim nad Żydami i księżmi. W Gusen księdza Bornińskiego przydzielono wraz z innymi księżmi do ciągania wału przy plantowaniu apelowego placu i ulic na terenie obozu.

Dnia 30 maja 1940 roku, a więc po pięciu dniach ciężkiej pracy, połączonej z szykanami w obozie koncentracyjnym w Gusen, wydzielono nowy transport z Gusen do Mauthausen, składający się wyłącznie z nauczycieli i księży. Wśród nich był i ksiądz Borniński. Umieszczony został na 12 bloku, gdzie blokowym był niemiecki kryminalista Franciszek Unek, znany dobrze więźniom w Mauthausen z okrucieństwa w stosunku do Polaków. Tu również ciężko pracuje. Wozi taczkami zaprawę murarską dla murarzy budujących mur z kamienia wokół obozu. Ksiądz Borniński był wysokiego wzrostu, tęgi i dlatego potrzebował więcej niż inni pożywienia, tym bardziej, że i praca była ciężka, wyczerpująca. Wracał od niej w południe i wieczorem zgłodniały i bardzo osłabiony. Niestety tu nie tylko nie pokrzepił dostatecznie swych sił fizycznych, lecz nawet nie zaznał spokoju, jaki mieli inni więźniowie w chwilach wolnych. On wtedy był wyśmiewany i bity przez sadystę blokowego Unka i jego kolegów.

Z braku dostatecznego odżywienia zapadł na krwawą dyzenterię, która wówczas epidemicznie zapanowała w obozie. Nawet wtedy, gdy był ciężko chory Unek nie dawał mu spokoju, zmuszał go biciem po twarzy i kopaniem nogami do pracy i na zbiórki.

W tej ciężkiej udręce obozowej, fizycznej i moralnej, źródłem pociechy były dla niego korespondencja z rodzicami i z parafią poniatowską, z którą uczuciowo bardzo silnie był związany. Nic dziwnego. Przecież w niej zostawił pierwociny swej gorliwości kapłańskiej przez półtora roku pracy w parafii w szkole i w organizacjach. Poniatowo to jego drugi dom rodzinny. Tak je nazywa w listach do rodziców. W każdym liście pisanym do rodziców, pisze: „Pozdrawiam rodzinę Skupieńskich i cały ich dom, moich przyjaciół w Żurominie. Im posyłam pozdrowienia i podziękowania, a przede wszystkim pozdrawiam Dziadka w Żurominie (del altesten Vater In Żuromin). Miał tu na myśli ks. kan. Staniaszkę, dla którego w Poniatowie i w obozie zachował głęboką cześć i wdzięczność.

Ks. Proboszcz Skupieński pamięta o swoim wikariuszu. Koresponduje z nim i wysyła mu pieniądze, za które ks. Borniński dziękuje mu w liście z 5 lipca 1940 roku. Pisze również i dziatwa szkolna, o której ksiądz prefekt pamięta w obozie i myślą często z nią obcuje. W liście do rodziców z dnia 4 sierpnia 1940 r., który był już ostatnim jego listem do domu jak zwykle pozdrowienia dla domu Skupieńskich w Poniatowie, przede wszystkim dla Dziadka w Żurominie i dla uczennicy Basi z par. poniatowskiej. Jej list był dla niego wielką pociechą.

Głód, choroba i dotkliwe szykany robiły swoje. Ks. Borniński nikł w oczach. Wyglądał jak szkielet. A jednak duch nawet pod tak silnym naporem cierpienia fizycznego i moralnego, nie załamał się. Pozostał mu aż do końca nastrój modlitewny duszy, która zawsze była rozmodlona i składała swoją ofiarę na ołtarzu cierpienia.

Prof. Maśkiewicz tak opisuje ostatnie chwile życia ks. Bornińskiego w obozie w Mauthausen: Ksiądz Borniński jako dobry znajomy i mój uczeń, często ze mną rozmawiał i zwierzał się ze swoich radości i smutku. Bardzo cieszył się z otrzymywanych listów od rodziców i od dzieci szkolnych, które pisały do niego z Poniatowa jako do swego prefekta. Uskarżał się do mnie na głód, który mu dotkliwie dokuczał. Mówił mi: Kolego, jak ja jestem głodny! Czuję jak ścierają mi się ścianki żołądka. Gdyby koledzy dali mi chociaż po jednej łyżce zupy, to może bym jeszcze żył.

Po tej skardze dni, ks. Bornińskiego były policzone.

Pewnego dnia w listopadzie (raczej w październiku, biorąc pod uwagę zgon księdza 9. X. 1940) przyszedł do pracy, słaniając się na nogach. O własnych siłach nie mógł się już położyć do łóżka. Na drugi dzień rano widziałem go, jak leżał nago w umywalni na cementowej posadzce ze złożonymi rękoma na piersiach, jak do modlitwy,

Odszedł od nas cichy, dobry kolega, który był nam wzorem jak mamy znosić cierpienia i prześladowania prawdziwie po chrześcijańsku.

Telegraficzna wiadomość nadesłana z obozu w Mauthausem do rodziców w Draganiu donosiła krótko: Syn Stanisław dziś,9 października 1940 roku umarł w obozie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: